Ekumenizm, Chrześcijaństwo, Religia - Ekumeniczny Serwis Informacyjny

Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego

40-letni dominikanin, Tadeusz Bartoś, doktor filozofii, opuścił zakon. Tak naprawdę już dawno temu zrzucił habit św. Dominika i odciął się od soborowego uzasadnienia życia zakonnego. Upłynnił granice oddzielenia od świata i wyznaczył sobie miejsce całkowicie niezależne w Kościele. Niezależność stała się dla niego ważniejsza od miłości w takich jej wymiarach jak wierność i zaufanie.



Historia Bartosia na przekór jego intelektualnym ambicjom jest więc dość trywialna. Streścił ją doskonale jezuicki protagonista „ojca” Tadeusza: ks. Stanisław Obirek. - Dla mnie ważniejsza jest wolność niż miłość – otwarcie przyznał. Miłość i wolność są ważne, ale absolutna jest tylko miłość. Wolność jest środkiem – miłość celem. Eks-dominikanin poszedł śladem wielkich umysłów idealistycznych naszej epoki, które nie uznają w miłości prymatu i absolutu.

Ojciec Bartoś tłumaczy, że nie chce dłużej żyć w systemie kościelnej zależności, w którym gubi się poczucie wartości własnego życia. Krytykuje archaiczną strukturę funkcjonowania Kościoła, niedopasowaną do współczesnego świata. "Kościół nadmiernie skoncentrował się na samym sobie, na własnym trwaniu i przetrwaniu. Brak ewolucji życia zakonnego, jego mechaniczne odtwarzanie w kolejnych pokoleniach, pomimo olbrzymiej zmiany świata, w którym dziś żyjemy, wydaje zły owoc" - napisał.

W ostatnich latach w artykułach i wywiadach prezentował krytyczny stosunek do wielu zjawisk w Kościele, ale także wobec nauczania Kościoła, np. w stosunku do gejów. (Napięcie pomiędzy osobą a naturą, jakie niesie ich orientacja zostało potraktowane przez Bartosia z dyletancką chropowatością kawiarnianej refleksji, która pomija cały złożony bagaż dramatu ludzkiego. Co zatem mają powiedzieć geje, którzy z powodu swojej orientacji pozbawieni są ciepła rodziny i namiastki nieśmiertelności jaką daje posiadanie dzieci?)

Znamię głęboko zakorzenionej nieprawdy mają poglądy Bartosia odnośnie „przestarzałych struktur zakonnych”. Pominąwszy fakt, że Sobór Watykański II podtrzymuje tradycyjny model życia zakonnego (wraz z takimi atrybutami jak habit jako znak konsekracji), to przecież już same, znane Bartosiowi nowe ruchy życia konsekrowanego, jaskrawo przeczą jego poglądom. Jako jedyne mają bowiem powołania w Europie zachodniej te wspólnoty, które silnie odwołują się do tradycji.

Nie może być nieznana Bartosiowi wspólnota św. Jana założona przez dominikanina. To właśnie „szarzy” (od habitu, który obowiązkowo noszą) bracia - przemierzający Francję wzdłuż i wszerz przyciągają młodzież i inteligencję do Kościoła, a założony przez nich wolny uniwersytet w Paryżu skutecznie przekonuje środowiska akademickie do uznania wartości chrześcijańskich.

Dziwi postawa władz zakonnych eks-dominikanina. Wykładał w kolegiach dominikańskich w Krakowie i Warszawie. Był dyrektorem Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii w Warszawie. Miał więc olbrzymi wpływ na wychowywanie młodych pokoleń. Nie znalazł się w szeregach dominikanów nikt, kto by zawołał, że król jest nagi. Przecież w jego myśli – ochoczo prezentowanej na łamach Wyborczej – kryła się złowieszcza opozycja między wolnością a miłością, tak niezwykle przezwyciężona przez wybitne umysły dominikańskie.

Bartoś nie był wybitnym filozofem, ponieważ cofał intelektualny wysiłek zakonu do czasów sprzed Tomasza z Akwinu. Dla niego koncept umysłu odarty z realizmu jest daleko istotniejszy – bo własny. W pierwszej lepszej debacie z przedstawicielami dominikańskiego realizmu, choćby w wydaniu St. Jodard (francuski ośrodek myśli realistycznej) nie miałby szans na obronę swoich poglądów.

Tę sytuację może usprawiedliwić fakt, że były dominikanin z wielkim wdziękiem dialogował ze światem kultury. Był otwarty na słuchanie ludzi inaczej myślących i był lubiany przez nich, ponieważ „nie moralizował”.

I na tym koniec. W tym dialogu tracił swoją tożsamość katolicką. W ten dialog wniósł bagaż współczesnych ideologii, które go czynią powierzchownym. De facto mówił tym samym językiem z ludźmi, których poglądy podzielał i łajał tych, którzy myśleli z gruntu inaczej. Uroki tego dialogu ograniczone więc były przez liczne tabu.

Tadeusz Bartoś jest dzieckiem naszej epoki. A będąc jej nazbyt posłusznym, nigdy nie będzie się wielkim. Czeka go więc zapomnienie. Na czym polega jego podporządkowanie się modnym prądom? To nietrudno odgadnąć. Nie był na tyle przenikliwy, by zauważyć, że wchłonął ze współczesnej kultury wiele tez i haseł, które pochodzą wprost od filozofii idealistycznych. Są obowiązującym w kulturze systemem filozoficznym, któremu niełatwo się oprzeć. Jego realizm i zachwyt nad świętym Tomaszem z Akwinu był więc pozorny.

Trudno tu omówić wszystkie różnice między uprzywilejowaną przez Kościół filozofią realistyczną a idealizmem. Ale na jedną warto zwrócić uwagę – na prawdę. Dla Bartosia podążanie własną ścieżką jest wyrazem wierności. Czyż nie kryje się w tym twierdzeniu negacja rzeczywistości, która istnieje poza i ponad nami?

Ojciec Bartoś jako formator narobił wiele szkód w umysłach współbraci. Jeśli nie mają oni pójść jego śladami, trzeba je wychwycić i w wolnej debacie skonfrontować jego tezy ze standardami myślenia realistycznego.

Casus Bartosia to problem szerszy, choć to dominikanie są szczególnie powołani w Kościele do pielęgnowania myśli realistycznej.

Żyjemy w środowisku, w którym nurty idealistyczne narzucane są ludzkim umysłom za pośrednictwem kultury. Do zakonów trafiają adepci, którzy wyrastali kulturowo w środowisku idealistycznym. W polskich zakonach toczy się więc wojna kulturowa pomiędzy zwolennikami indywidualizmu a realizmu. Ci pierwsi mówią: ważne jest serce i indywidualny wybór. Ci drudzy zapytują: to po co żyjemy według wspólnego projektu.

Realizm wnosi w życie zakonne uszanowanie ludzkiej kondycji w jej duchowo-materialnych uwarunkowaniach. Po prostu to, co zewnętrzne w pewnym stopniu wspiera postawę wewnętrzną. I jakimś nieporozumieniem jest wprowadzanie opozycji między jedno a drugie.

Ważne więc są owe zewnętrzne czynniki odkrywane w poszczególnych charyzmatach. A odkryte domagają się konsekwentnej realizacji. Są znakiem nie z tego świata, więc nie można liczyć na to, że będą utylitarne i przyjemne.

Okazuje się, że nie będąc pragmatyczne stanowią silny bodziec dla świata i impuls do refleksji nad sensem życia, bo w istocie swej życie zakonne stawia w wirze codzienności wyraźne znaki zapytania, natury eschatologicznej.

Takim znakiem jest życie wspólne. Wspólne modlitwy, posiłki, rekreacja to niezastąpione świadectwo prymatu osoby nad efektem i afektem. (Afektem, bowiem miłość nie jest tylko uczuciem, jest duchowa – więc wolitywna; jest to jednak obowiązek płynący z impulsu wewnętrznego, choć podtrzymywany przez akt woli: kocham, bo chcę kochać. Prawdopodobnie ojciec Bartoś identyfikował miłość z uczuciem – poszedł za głosem „serca” z pominięciem aktu woli, dokonanego w przeszłości. Adoracja w miłości jest aktem woli – jest to najwyższy wyraz miłości. Taki akt miłości podjął Jezus na krzyżu, na przekór uczuciu rozgoryczenia. Benedykt XVI powie, że trzeba bronić miłości przed przypadkowością uczuć).

Być razem dla siebie – czy to nie jest koło ratunkowe rzucone rodzicom i ich dzieciom przez ludzi, którzy praktycznie wskazują jak dobrze być ze sobą, a nie obok siebie (prawdziwa zakonna rekreacja nie jest spędzaniem czasu obok siebie – przed telewizorem).

Nieocenioną wartością jest habit – jak wspomniałem - podniesiony przez sobór znak konsekracji. To ciekawe, że ten niezwykle istotny element ewangelizacji w epoce zdominowanej przez przekaz wizualny był z taką zaciekłością negowany w latach posoborowych. Nie mogę sobie tego wytłumaczyć inaczej jak działaniem szatana, który chciał usunąć z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do wymiaru eschatologicznego – tak by ludzie nie zadawali już sobie pytań o cel swojego istnienia. Z punktu widzenia psychologii społecznej habit znakomicie pracuje na rzecz spójności grupy jaką jest wspólnota zakonna i sprzyja silniejszej identyfikacji z jej celami.

Zakony w Polsce żyją siłą kapłaństwa. Tylko, że ich powołaniem nie jest wyłącznie kapłaństwo, bo wtedy wystarczałby Kościołowi i wiernym kler diecezjalny. Kryzys tożsamości zakonnej jest na tyle głęboki, że nie można dłużej – bez szkody dla jakości życia konsekrowanego – cieszyć się ustabilizowaną liczbą powołań do kapłaństwa.

Dokumenty stolicy apostolskiej dają dość precyzyjną odpowiedź na pytanie jak przeciwdziałać impasowi w życiu konsekrowanym. Nie wystarczy poprzestać na liturgii, trzeba sięgnąć do – jakże bolesnej dla wszystkich aktywistów zakonnych – adoracji w ciszy. Formację należy oprzeć nie tylko na dobrej teologii. Podstawowym źródłem trudności osób konsekrowanych ulegających presji świata jest brak koherentnych propozycji filozoficznych. Kościół zaleca uprawianie filozofii realistycznej, która daje umysłowi możliwość odkrycia Boga (nie mylić z poznaniem go przez objawienie; filozof może odkryć istnienie bytu doskonałego, który tradycje religijne nazywają Bogiem) i dostarcza argumentacji zdolnej zdystansować siedem współczesnych propozycji idealistycznych. Są wśród nich pozytywizm, heglizm, egzystencjalizm, liberalizm. Zawierają one ziarna prawdy i są interesujące, ale negują zdolność umysłu do poznania prawdy obiektywnej i ustanawiają wolność ponad miłością. Wreszcie trzecią kariatydą odnowy zakonnej jest przestrzegany rytm życia wspólnego.

Ewangelia Jezusa Chrystusa, z której czerpią wszystkie zakonne charyzmaty i ustawodawstwo wewnętrznie przynagla każdą z osób konsekrowanych do podejmowania całego szeregu wyborów miłości. Życie konsekrowane utkane jest z nich, z tych codziennych bardzo suchych i w gruncie rzeczy heroicznych aktów. Miłość, bez tych małych wierności, rozlała by się jak przysłowiowe mleko. Z kolei same akty zakonne wypełniane bez miłości do Jezusa nie mają żadnej wartości. Takie jest mniej więcej streszczenie nauczania szczególnej mistrzyni życia zakonnego, św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Podoba mi się też uzasadnienie wierności życiu wspólnemu, jakie wyłożyła Matka Teresa z Kalkuty. Najpierw kochamy tych, którzy są najbliżej, dajemy im swój czas i obecność. Potem tę ludzką miłość wyniesioną z życia braterskiego niesiemy światu.

Być może ojciec Bartoś byłby dużo szczęśliwszy, gdyby zasięgnął rady tych dwóch kobiet.

"Nie odchodzę od refleksji nad religią. Pozostaję filozofem i teologiem - jeśli będzie mi to dane" – napisał. Żeby być teologiem, trzeba czasami otworzyć swoje serce na consensus doktrynalny i podporządkować pracę umysłu miłości. Żeby z kolei być filozofem, nie wystarczy wykładać historię filozofii i uprawiać działalność opiniotwórczą. Filozofia to umiłowanie prawdy nie subiektywnej, ale zgodnej z rzeczywistością. Z kolei, żeby być naprawdę sobą trzeba być wiernym swoim przyrzeczeniom.

Kryzys tożsamościowy ojca Bartosia nie kończy się dla niego, ani na nim. On, jak i jego współbracia z wszystkich zakonów potrzebują modlitwy polskich chrześcijan.



Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego | 7 komentarzy
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.
Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego
Roman. pon, 29 sty 2007, 19:15:29

Wiele można by było napisać na temat tego artykułu. Pozwolę sobie zatrzymać się przy  tym co najważnieje. Zgadzam się, że miłość jest ważniejsza od wolności. Ale, no właśnie, to miłość jest drogą, a wolność celem; nie na odwrót. Niestety ten artykuł wydaje się być raczej owocem wyimaginowanej wolności, a nie prawdziwej miłości.

 
Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego
verbadocent pon, 29 sty 2007, 21:22:10

Zazdroszczę PT Autorowi wiedzy, która pozwoliła mu napisać ten artykuł. Zaiste imponująca jest ta wędrówka po zakamarkach duszy dra Tadeusza Bartosia ex OP.  Do kompletu brakuje mi tylko zawołania:

"Na stos !!!".

Polska węglem i siarką stoi, aż dziw bierze, że w naszej historii tak mało ich rozbłysło. Widocznie nadszedł czas nadrobić lenistwo naszych przodków. Nie siarka i węgiel czynią stos. On rozbłyska najpierw w naszym sercu.

Bartoś odszedł ale to o czym pisał w Gazecie Wyborczej zostało.

Tak na marginesie, prawie zupełnie bez związku ze sprawą: wczoraj minęła kolejna rocznica wydarzenia, które było największym (jak dotąd)  wkładem Polski w cywilizację ludzką: Konfederacji Warszawskiej ustanawiającej wolność religijną w naszej ojczyźnie.  Nikt, dosłownie nikt (z wyjątkiem fidelitas.pl - szacunek panie Operacz, głęboki szacunek) nie zająknął się w tej sprawie. Teczki, koalicje, raporty, DNA i takie tam ważniejsze.

---
Verba Docent Exempla Trahunt

 
Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego
dluhomil wto, 30 sty 2007, 10:13:21
Pozazdroscic o.Bartosiowitak tak wesolego epitafium, ktore jest stanowczą przed wczesne i nie jedną książkę dane bedziee nam jeszcze  czytac. Uwolnienie sie z toksycznych zwiazkow zawsze boli, jedną i drugą stronę. Decyzje zapadly. Nie ma sensu zadawac sobie kolejnych ran. Zacznujcie probowac zyc normalnie, tj przyzwoicie.
 
Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego
jurkens śro, 7 lut 2007, 15:59:04

Chciałem o to przedstawic swój komentarz do artykułu nt. Tadeusza Bartosia. Wydaje mi się to ważne, gdyż autor nie zgadzam się z większością tez, które zostały w nim postawione

1) Na początku chciałbym się zastanowic nad relacją, jaka zachodzi między wolnością i miłością, a raczej postawic pytanie: czy można kogoś kochac nie będąc wolnym? A jeśli tak, to jakie rodzaju jest to miłośc. Czy może jednak to wolnośc zakłada możliwośc miłości i pod tym względem jest ważniejsza, bardziej podstawowa?

2) wydaje mi się, że źle się dzieje, że Istytucjonalny Kościół ogranicza ludzi, którzy mają odwagę myślec. Chyba nie chodzi nam o to (piszę jako katolik), aby wszyscy mieli takie same myśli. Niestety Kościół boi się ludzi, którzy głoszą sądy, które podważają jego autorytet albo godzą w coś, co jest powszechnie przyjęte. Wystarczy spojrzec na poziom studiów nad pismami Karola Wojtyły i Jana Pawła II, jeśli ktoś wyrazi jakieś uwagi, jest "potępiony". (patrz "Znak" 9/2006, tekst o artykule Bartosia)

3) Czy dziwi nas to, że Bartoś wykładał? Mnie nie dziwi, gdyz był jednym z niewielu ludzi, którzy twórczo odczytują myśl Tomasza z Akwinu w Polsce. Po prostu boimy się wszelkiej nowości, która może zburzyc naszą wizję świata. I do tego nie można zapominac, że Tomasz b ył arystotelikiem, ale i platonikiem (czytaj idealistą). Czy z tego powodu, że Bartoś skłaniał się w stronę idealizmu (o ile to prawda- nie potrafię tego zweryfikowac) wystarczy, aby go oskarżac o psucie mlodych umysłów? Czy z tego powodu, że św. Augustyn opowiedział się za Platonem, powinna mu byc "odebrana" świętośc.  

4) To prawda, że Bartoś nie jest genialnym filozofem, ale jest człowiekiem, który czyta i to książki różne (oczywiście filozoficzne), ale to raczej nie zarzut. Po drugie, Tomasza poglądy też były potępione. A po trzecie, Tomasz był człowiekiem, który też czytał wszystko, co miał. Żył przed Kantem i Lutrem, dlatego tak do końca nie wiemy, co by głosił, gdyby żył obecnie. Może byłby fenomenologiem?

5) Kolejny zarzut dotyczy tego, że dominikanie są powołani do pielęgnowania myśli realistycznej. Ciekawe, bo do tej pory myślałem, że do poszukiwaia i głoszenia prawdy. A któż wie, co to jest prawda?? A gdyby brakowało ludzi, którzy nie boją się myślec (na całe szszczęście tacy są, ale niestety z Kościoła odchodzą), to wtedy nauka (w tym teologia) stoją w miejscu, a za nimi cała kultura. Niestety, ale w naszym kraju teologia jest na bardzo marnym poziomie, i gdyby nie było Hryniewicza i Węcławskieogo, to nie byłoby czego czytac. (Jest to pewne nadużycie z mojej strony, ale mam nadzieję, że idea myśli zostanie właściwie uchwycona).

6) Ostatni już zarzut dotyczy tego, jak Autor ów artykułu zna T. Bartosia, gdyż wydaje bardzo łatwo sądy moralne. Niestety większośc ludzi ma pewne słabości i nie jest doskonała, ale to nie powód, aby ich jednoznacznie oceniac i nie wgłębiając się w ich sytuacje i doświadczenie. Gdyby człowiek był prosty i nie miał rozumu i woli, to wszystko byłoby łatwiejsze, ale z tym to już trzeba iśc do Pana Boga.

Będę wdzięczny za wszytskie celne uwagi. Myślę jednak, że takie sytuacje jak z Bartosiem i Obirkiem powinny pobudzac do zywej, pełnej zrozumienia dyskusji, a nie do niepotrzebnego oskarżania się. To nie jest postawa dialogu i nie jest to postawa katolika. Do dyskusji powinny nasz też pobudzac takie sytuacja, jak z abp. Wielgusem i niekoniecznie musi to byc poziom dyskusji  "Radio Maryja".

Serdecznie pozdrawiam

Jerzy 

---
jurkens

 
Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego
Jacek2 nie, 11 lut 2007, 00:00:46

Panie Jurku polemizuję z częścią pańskich wywodów. Do kwestii wolności i miłości chciałbym się odnieść w w osobnym tekście.

Wydaje mi się, że źle się dzieje, gdy instytucjonalny Kościół ogranicza wypowiedzi ludzi, którzy mają odwagę myśleć. Chyba nie chodzi nam o to (piszę to jako katolik), aby wszyscy myśleli tak samo. Niestety, Kościół boi się ludzi, którzy głoszą sądy, które podważają jego autorytet albo godzą w coś, co jest powszechnie przyjęte. Wystarczy spojrzeć na poziom studiów nad pismami Karola Wojtyły i Jana Pawła II:  jeśli ktoś wyrazi jakieś uwagi, jest "potępiony". (patrz "Znak" 9/2006, tekst o artykule Bartosia).

Nie zgodziłbym się z Panem. Kościół polski jest nadzwyczaj pluralistyczny. Oczywiście znowu rozróżniłbym pluralizm od swawoli intelektualnej. Pluralizm to taka swoboda myślenia, której centrum stanowi troska o dobro i o prawdę.

Jak odróżnić swawolę od swobody myślenia? Swawola poprzestaje na krytyce i negacji. Swoboda intelektualna zasadza się na afirmacji i poszukiwaniu wniosków.

Swoboda myślenia charakteryzuje się pewną dyscypliną intelektualną. Jej istotą jest zdolność do podporządkowania pracy umysłu miłości. Jest to w swej istocie prymat osoby na skutecznością. Inteligencja ludzka ma tendencję do depersonalizacji wysiłku umysłowego albo inaczej mówiąc, wykluczenia z centrum jego zainteresowania osoby ludzkiej. Koncepcje na temat osoby przedkłada się nad dobro osoby. Współdziałanie teologów (bo o nich Pan pisze w swojej wypowiedzi) z magisterium Kościoła ma na celu ciągłe sytuowanie osoby – boskiej i ludzkiej – w centrum myśli teologicznej.

Nie każda krytyka jest równie dobra jakościowo. W przytoczonej przez Pana dyskusji wszelką krytykę uznano za dobrą, wszelki autorytet za zły (por. kwestię zależności), wszelkie koncepcje teologiczne za równe głębi właściwej papieskim adhortacjom i encyklikom. Nie przedstawiono zaś alternatywy dla nauczania papieskiego.

Podporządkowanie umysłu miłości nigdy nie będzie złem, gdyż właściwym zadaniem umysłu jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwym dobrem – przedmiotem miłości. Umysł jest przyporządkowany miłości do osoby. Każde odwrócenie wysiłku umysłu od dobra osoby (dobra wspólnego, jako sumy dobra osób) będzie miał coś z inteligencji szatana, który jest zainteresowany wyłącznie skutecznością.

Czy dziwi nas to, że Bartoś wykładał? Mnie nie dziwi, gdyż był jednym z niewielu ludzi, którzy twórczo odczytują myśl Tomasza z Akwinu w Polsce. Po prostu boimy się wszelkiej nowości, która może zburzyć naszą wizję świata.

Ja się nie boję nowości – cenię je wysoko. I właśnie dlatego odkładam Bartosia na górną półkę. Bartoś powtarza tezy filozoficzne początku ubiegłego wieku. Jego punkt widzenia – delikatnie mówiąc – jest mocno przykurzony. Na świecie obserwujemy renesans głównych wątków myśli Tomaszowej w wersji odbijającej od idealizmów, które w XX w. wieku skompromitowały się.

I do tego nie można zapominać, że Tomasz był arystotelikiem, ale i platonikiem (czytaj idealistą).

Nie - Tomasz nie był platonikiem ani idealistą.

Czy z tego powodu, że Bartoś skłaniał się w stronę idealizmu (o ile to prawda - nie potrafię tego zweryfikować) wystarczy, aby go oskarżać o psucie młodych umysłów?

To, że się zwracał w stronę idealizmu, to pół biedy. Bartoś jednak ulegał ciśnieniu „mody na idealizm”. Chciał być kulturalny i modny. Dlatego szedł na kompromisy, które filozofowi nie przystoją. Należy być komunikatywnym i kreatywnym, lecz nie za cenę konformizmu.

Ci młodzi mnisi są jak młodzież w okresie dojrzewania. Nie można jej zaproponować wszystkiego do wyboru w myśl hasła wybierz sam, co ci pasuje, co lubisz. Doświadcz wszystkiego, posmakuj. Ich autonomia domaga się kształtowania. Po to idą do zakonu, żeby ukształtować swoją wolność intelektualną. Zanim samodzielnie będą dokonywać wyborów, trzeba, żeby poznali smak klasyki i tej szkoły myślenia, która wydała tak wybitne umysły, jak Arystoteles, św. Tomasz czy współczesny nam ojciec M.D. Philippe albo ojciec Pinckaers.

To prawda, że Bartoś nie jest genialnym filozofem, ale jest człowiekiem, który czyta i to książki różne (oczywiście filozoficzne), ale to raczej nie zarzut. Po drugie, Tomasza poglądy też były potępione. A po trzecie, Tomasz był człowiekiem, który też czytał wszystko, co miał. Żył przed Kantem i Lutrem, dlatego tak do końca nie wiemy, co by głosił, gdyby żył obecnie. Może byłby fenomenologiem?

Różnica między jednym a drugim polega na tym, że św. Tomasz formułował wnioski, a ojciec Bartoś nigdy nie dojdzie do obiektywnych konkluzji, bowiem wątpienie jest dla niego ważniejsze.

Kolejny zarzut dotyczy tego, że dominikanie są powołani do pielęgnowania myśli realistycznej. Ciekawe, bo do tej pory myślałem, że do poszukiwania i głoszenia prawdy.

Prawda w porządku filozoficznym to jest zgodność z rzeczywistością. Stąd w charyzmacie dominikańskim powołanie do pielęgnowania tradycji realistycznej. Ta tradycja nie jest skamieliną scholastyczną. Filozofia realistyczna jest gałęzią nie historyczną, ale kierunkiem filozoficznym, żywym i plastycznym.

Niestety, ale w naszym kraju teologia jest na bardzo marnym poziomie i gdyby nie było Hryniewicza i Węcławskiego, to nie byłoby czego czytać. (Jest to pewne nadużycie z mojej strony, ale mam nadzieję, że idea myśli zostanie właściwie uchwycona).

Jest to nadużycie zarówno w idei, jak w jej ucieleśnieniu. Każdy ma swoich ulubionych autorów. Ja przepadam za pracami ojca Juliusza Synowca i ojca Wojciecha Giertycha. Są naprawdę znakomite.

Niestety większość ludzi ma pewne słabości i nie jest doskonała, ale to nie powód, aby ich jednoznacznie oceniać,  nie wgłębiając się w ich sytuacje i doświadczenie.

Nie oceniam osób ani tym bardziej charakteru ich uwikłania.  Analizowałem teksty ojca Bartosia i nie zgadzam się z jego poglądami. Uważam, że jego wystąpienie z zakonu i zanegowanie nauczania Kościoła było konsekwencją niespójności filozoficznej, w jaką popadł.

Takie sytuacje jak z Bartosiem i Obirkiem powinny pobudzać do żywej, pełnej zrozumienia dyskusji, a nie do niepotrzebnego oskarżania się.

Współczucie dla tych kapłanów jest oczywiste. Pozostają w sercu Kościoła przez chrzest i kapłaństwo. Swoją refleksję poświęciłem jednak wiernym i i ich współbraciom w konsekracji, którzy być może – przez ich postępowanie - są daleko bardziej zranieni niż oni sami.

 

 
Ojciec Bartoś w centrum kryzysu życia zakonnego
jurkens pią, 16 lut 2007, 21:26:28
Witam Panie Jacku!
Dziękuję Panu bardzo za odpowiedź, jednak swój komentarz (zachęcenie do dalszej polemiki) umieszczę pod tekstem pt.  Realizm - idealizm w kontekście odejścia o. Bartosia, ale to nastąpi dopiero za parę dni, gdyż chcę przemyśleć Pana odpowiedzi (może to ja się myliłem, a Pan miał rację) i się to nich ustosunkować.
Serdecznie pozdrawiam
Jerzy

---
jurkens

 

Szukaj

Polecamy



EWST.pl
Senior.pl
e-commerce.pl
com-media.pl
egospodarka.pl

Facebook

Patronat Kosciol.pl


Piotr Lorek, Motyw wygnania a doktryna piekła w Nowym Testamencie


Gorące tematy



  • Wielkanoc
  • In vitro
  • Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja
  • Lustracja
  • Kreacjonizm i ewolucjonizm
  • Harry Potter
  • Pedofilia i molestowanie
  • Aborcja
  • Eutanazja
  • Homoseksualizm
  • Unieważnienie, stwierdzenie nieważności małżeństwa
  • Menu Użytkownika





    Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
    Nie pamiętasz hasła?

    Sonda

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    Czy uważasz że decyzja Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z lefebrystycznych biskupów była słuszna?

    •  Tak
    •  Nie
    •  Nie mam zdania
    0
    Wyniki
    | 9,834 głosów | 9 komentarzy

    Wydarzenia

    W najbliższym czasie nie ma żadnych wydarzeń